Przekaż darowiznę

Zbieramy na rehabilitację, prawdopodobnie na turnus w Otwocku. Moje dotychczasowe życie odwróciło się do góry nogami 4 marca 2020 roku. Był to kolejny poranek, kiedy wyruszyłem do pracy. Mam do przejechania około 35 kilometrów, więc zawsze przezornie wyruszam dużo wcześniej. Nigdy się nie spóźniłem i nie zamierzałem tego zmieniać. Jednak tym razem nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo się spóźnię.Pamiętam pojazd, który zbliżając się do mnie z przeciwka, zaczął zjeżdżać na mój pas ruchu. Odruchowo zacząłem odbijać w prawo, próbując uniknąć zderzenia czołowego i….Nie pamiętam nic więcej, choć podobno byłem jeszcze chwilę przytomny, gdy przybyło pogotowie ratunkowe. Byłem zakleszczony w pojeździe około 45 minut. To dosyć długo patrząc na to, że droga, którą jeżdżę do pracy, jest dosyć mocno uczęszczana. Jednak na tzw. znieczulicę ludzką nic nie poradzę. Nawet osoba, którą próbowałem wyminąć, nie wezwała pomocy. Szkoda, bo może tylko tyle wystarczyłoby, aby wszystko potoczyło się łagodniej dla mojego stanu zdrowia.Przywieziono mnie do Szpitala Uniwersyteckiego w Zielonej Górze na Oddział Intensywnej Opieki Medycznej. Trzech tygodni, które tam spędziłem, nie pamiętam ze względu na śpiączkę. Pierwsze chwile świadomości to był moment przenoszenia mnie na Oddział Torakochirurgii z racji pogruchotanej klatki piersiowej i przebitego płuca, o czym dowiedziałem się dopiero znacznie później. Powoli zastanawiałem się, co się w ogóle wydarzyło, dlaczego jestem tutaj, a nie w pracy. Docierało to do mnie bardzo wolno. Wiedziałem, że coś jest nie tak. Nawet moje ciało nie chciało ze mną współpracować. Nie mogłem poruszać nogami, ręce były tak jak nie moje. Chciałem spytać pielęgniarki, co tak naprawdę się stało, ale nie mogłem wydobyć z siebie głosu. To jednak był powód długiej obecności w moim ciele rurki do tracheotomii, o dosyć szerokiej średnicy. Nagle zaczęło nasuwać się wiele pytać: czy ja będę mówił; czy dam radę chodzić, skoro nawet nie mogę ruszać nogami. Nie mogłem nawet sam zmienić pozycji na łóżku. Ja, który byłem zawsze sprawny fizycznie, nie mogłem zrobić nic, co było banalnie proste nawet dla dwuletniego dziecka. Myślałem, że to jakiś koszmar. Miałem taką nadzieję. Coś, co do tej pory znałem tylko z telewizji, dosięgnęło mnie.Te pozostałe 5 dni w szpitalu zdominowała bezsilność, moja bezradność i strach o to, co będzie ze mną dalej. Nie tak dawno, bo dwa lata wcześniej, miałem wstawioną endoprotezę biodra i już wreszcie mogłem wykonywać coraz więcej normalnych czynności. A tu nagle coś takiego. Jednak przy wypisie do domu lekarz, który przyjmował mnie na Intensywną Terapię, powiedział, że miałem dużo szczęścia. Mój organizm nie chciał się poddać i walczył, więc zdałem sobie sprawę, że teraz pozostaje mi już tylko to samo. Jestem byłym żołnierzem zawodowym, więc tak łatwo się na pewno nie poddam. Dotarłem do domu karetką, jednak o tej bardzo mało przyjemnej i bolesnej dla mnie podróży, chciałbym zapomnieć. Pocieszeniem było to, że jechałem do domu, gdzie czekały na mnie najbliższe osoby: żona, córka z malutką wnusią oraz syn. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, ile strachu się przeze mnie najedli. Wracając, wiedziałem, że będę potrzebować pomocy. Wszyscy stanęli na wysokości zadania. Mojej żonie oprócz domowych obowiązków, których na wsi jest niemało, doszedł najtrudniejszy, a mianowicie opieka nade mną. Gdyby nie ona, nigdy nie dałbym rady. To ona mnie myła, zmieniała pampersy, ubierała, pielęgnowała, podawała posiłki, leki itd. Pomagała mi we wszystkim. Pocieszała i dodawała mi otuchy w najtrudniejszych chwilach po powrocie do domu. Nagle wszystkie, nawet najbardziej banalnie proste czynności stały się dla mnie barierą nie do pokonania. Przecież nie mogąc się prawie ruszać, nie można się samemu ubrać, czy umyć. Nie mogąc wstać z łóżka, nie sposób jest pójść do toalety. Mając również duży brak czucia w dłoniach, potężne zaniki mięśni i brak siły, to jak można pokroić chleb. Leżąc i patrząc w sufit i ściany jest bardzo dużo czasu na różne przemyślenia, o tym wszystkim i zastanawianie się, co będzie dalej. Na początku byłem przekonany, że to tylko chwilowe kłopoty i najdalej za pół roku dam radę wrócić do pracy. Złamanie się szybko zrośnie i usuną metalowe zespolenie z nogi, trochę rehabilitacji wraz z ćwiczeniami w domu, wróci głos i czucie w całym ciele. Nie wiedziałem wtedy jak bardzo się mylę. Tylko moja żona widząc w jakim jestem stanie przywieźli mnie do domu mówiła, że to na pewno potrwa o wiele dłużej niż pół roku. Miała zupełną rację, co przyznałem jej jednak znacznie później. Mając takie wsparcie musiałem walczyć. Sił dodawały mi moje dwie malutkie wnusie. Patrząc jak one rosną ja cały czas łudziłem się, że będę chodził zanim one zaczną. To była moja kolejna pomyłka. Nawet pierwsze wizyty u lekarzy, które były strasznie utrudnione ze względu na covid-19 nie napawały mnie optymizmem. Nie mogłem sobie jednak pozwolić na zaniedbanie mojego planu ćwiczeń, który cały czas ćwiczyłem w domu tak jak tylko starczyło mi sił. Były oczywiście chwile, kiedy chciałem to wszystko przerwać, bo nie wiedziałem kompletnie żadnych efektów jednak wiedząc jak ciągle wspiera mnie rodzina nie mogłem przestać i się poddać. Tylko moja żona wie ile tak naprawdę kosztuje mnie to wysiłku i cały czas mnie wspiera. Tak naprawdę to jej zawdzięczam to wszystko do czego powoli dochodzę, choć do mety jeszcze bardzo daleko. Droga do niej pełna przeszkód, których sam nie będę w stanie pokonać, ale zrobię wszystko, żeby żona była ze mnie dumna.
Paweł Piaskowski